I am not a tourist, I live here
So, 14 List 2009 22:32:21 +0100
Tytuł notki zaczerpnięty z albumu grupy Active Minds, ale to chyba jest jasne?
Nie pisałem dosyć długo, czemu? Najprawdziwsze wytłumaczenie to “zapomniałem” ;)
Życie w Hiszpanii upływa dość powoli. Docierające sygnały z Polski o pogodzie potwierdzają słuszność decyzji o przeprowadzce. Aczkolwiek przez około miesiąc były dość gorąca – tak zwany kryzys emigracyjny został mi przedstawiony i zawarł ze mną krótką znajomość...
Piszę aby utrwalić wspomnienia o wczorajszym wieczorze i spisać kilka refleksji z nim związanych. Chyba najważniejsza z nich, to stwierdzenie, że takie rzeczy jak narodowa kultura, tradycja i miejsce urodzenia dość znacząca zaznaczają piętno na naszym życiu i kreślą dość wyraźną linię oddzielającą nas od innych nacji.
Nie jest chyba dla nikogo zaskoczeniem, że w miarę możliwości lubiłem spędzać czas na squatach – ostatnimi czasy co prawda jedynie przy okazji imprezy/koncertu, ale zawsze. Jadąc do Barcelony znałem legendarne opowieści o iberyjskich “ocupaciónes ilegales”? Mój hiszpański co prawda nie jest już zerowy, ale wciąż bardzo “poco” ;) Po kilku miesiącach udało mi się w końcu dotrzeć na dwa z nich (heh, co śmieszne, mieszkając w pierwszym mieszkaniu w Terrassie miałem squat 200 metrów po drugiej stronie ulicy, dowiedziałem się o tym fakcie miesiąc temu) w dość zaskakujących okolicznościach. W piątek po pracy kolega zabrał mnie na imprezę, która to była organizowana z okazji zajęcia kolejnego budynku, to raz, a dwa, z okazji utworzenie nowego Hacker Space – miejsca, knajpy, a tak naprawdę wydzielonych kilku pomieszczeń (na squacie) zawalonych komputerami. Miejsca spotkań hakerów, zarówno przy piwie jak i przy okazji Hackatonów (pierwszy już w przyszłą sobotę).
Miejsc takich w samej Barcelonie jest kilka, plus jedno położone poza miastem (preferowane dla ludzi potrzebujących wyjątkowego skupienia do skończenia projektu :), w górach.
Impreza zaczynała się o godzinie 21 – na miejsce przybyliśmy około 20. Pierwsze wrażenie – szok! O ile squaty w Polsce są mniej lub bardziej poukrywane, to tutaj… Ulica Casanovy 17 – 200 metrów od metra Universytat, trochę dalej od centralnego placu Catalunya. Ulica Casanovy jest tak zwaną aleją informatyczną. Jest tutaj kilkadziesiąt sklepów komputerów – hurtowni, detalicznych, oficjalne sklepy Acera, Della i tak dalej. Pomiędzy nimi lokal wyróżniający się od nich – obklejony plakatami, z ogromnym świecącym napisem. Na ulicy wystawione stoiska z darmowymi książkami, ulotkami i zinami. W pierwszym pomieszczeniu – kilkadziesiąt w połowie pełnych krzeseł, projektor i dwóch “prelegentów” uczy podstaw obsługi komputera. Na widowni ludzie w wieku 16 – 70 lat (urocza parka staruszków). Sala dalej sala do tańczenia z barkiem, leci jakiś cichy sound system. Ponieważ jesteśmy za wcześnie ląduje w pobliskim barze na piwo i klarę. Wracamy, pomieszczenie się trochę opróżnia, ale my mamy iść gdzie indziej – sąsiednie drzwi do kamienicy. Dzwonimy. Jakaś zadredowana blondynka otwiera okno na 4 piętrze i ścina nas wzrokiem. Po chwili ktoś schodzi do nas, otwiera drzwi i zaprasza do środka. Tutaj squat w całej okazałości – idąc kilka piętrem po schodach widzimy pomieszczenia mieszkalne, sale zabaw i trafiamy do kuchni, chyba przypadkiem bo za chwilę idziemy piętro wyżej. Sala z komputerami, kilkanaście osób w środku, zapach marihuany uderza nas zaraz po przekroczeniu wejścia. Zastanawiam się czy tak wyglądały początki firmy Atari? Zaczyna się przybijanie piątek, gadki szmatki, przedstawienia etc. Po jakimś czasie przychodzi inna panna i oznajmia, że party jest na drugim squacie, odległym 500 metrów dalej. Wylewamy się więc na ulicę, idziemy spacerkiem kilkanaście minut (moja znajomość hiszpańskiego jest poddawana brutalnym stress testom ;) i… kolejny szok. Tutaj zasquatowany jest cały, hm. Nie wiem jak to opisać. Najtrafniej będzie to opisać “wszystko na rogu dwóch ulic”. Pierwsze wejście prowadzi do artystycznego pomieszczenia, w tle widać pomieszczenie na eventy. Drugie rozpoznaję już jako wejście do części mieszkalnej. Trzecie – główna sala zabaw z barem. Jest przed 22, umieram z głodu. Jedzenie oczywiście wegańskie, i darmowe… (płaci kto może/chce). Plan jest następujący – bierzemy żarcie, alkohol i wbijamy się do artystycznej. Tak więc zrobiliśmy. Zaczyna powoli konsumpcję – umawiamy się, że dopóki wszyscy nie zjedzą głównego dania nie palimy w pomieszczeniu. Jesteśmy w Hiszpanii – nic dziwnego, że na stole oprócz pieczonych dynii, sałatek, czerwonego wina, piwa i wegańskiego sushi pojawiają się kosmiczne ilości haszyszu i marihuany. Nikt nie pije wódki, co kraj to obyczaj… Ja za nią również nie przepadam :P Impreza się rozkręca. Ponieważ zasadniczo wyróżniam się z katalońskiego tłumu swoją wschodnioeuropejską urodą sporo osób przychodzi zagadać i nawiązać konwersację. Założyciele miejsca z zapałem w oczach dzielą się swoimi wizjami i opowiadają
o swoich celach, zapraszają na przyszłe Eventy. Laska z anarchistycznego radia www.contrabanda.org namawia abym poprowadził jakąś audycję, na dowolnym temat, ale abym gadał hehe (you can talk about everything animal rights, programming, open source). Zasadniczo opieram się, ale ponieważ jesteśmy już dość mocno napruci dochodzimy do kompromisu – będę mówił po Polsku hehe).
W jednym miejscu wybuchowa mieszanka anarchistów, aktywistów praw zwierząt, hakerów. Spedząm czas doskonale.
Po kilku godzinach upewniwszy się, że jeszcze mam pociąg do domu żegnam się i wychodzę na rozgrzaną wcześniejszym dniem ulicę (jest 1 w nocy). Na ulicy tłumy, jak zwykle, ale ponieważ sezon turystyczny się skończył – bydło zwane urlopowiczami spotykam dopiero na placu Catalunya. W ostatnim na tą noc pociągu wyciągam moje Della, zakładam słuchawki i spokojnie dojeżdżam do domu.
Pozdrowienia dla Kernel Punkies, i szkoda, że tego nie przeczytacie – niestety, mój Hiszpański pozwoliłbym jedynie na powiedenie, “¡puta madre, perfecto!”, a z katalońskiego znam raptem 10 słów :)
jiivan: Wow, ależ klimaty! Gdyby nie ta zatrawiona atmosfera to wydawałoby się, że trafiłeś do raju! :-)
Filip: :-) bless bluszczu. ¡Viva Cataluña, viva España, viva Polonia e viva la marihuana!
Fabrice Bluszez: Bonjour ! Je suis arrivé sur ton blog en cherchant le nom BLUSZCZ, qui est le mien. C'est mieux Barcelone que la Pologne ? On ne comprend rien. Tu devrais écrire le blog en espagnol. El problema es que puedo hablar espanol o ingles ... y nada mas.