Infekcja - czy nie ma sposobu?
Czw, 14 Sty 2010 15:27:15 +0100
Hip hip hurra!
Zaliczyłem ½ roku na obczyźnie! Tyle samo czasu w jednej firmie – co oznacza, że skończył się mój 'trial’ w zatrudnieniu i jestem teraz pełnoetatowym pracownikiem.
Ale to tylko detal.
Na początku stycznia Barcelona została zaatakowana przez polskich crustowców z Wrocławia – zespół Infekcja. Rozpoczęli koncertować szóstego stycznia, siódmego zagrali również a ósmego – na wielkim europejskim festiwalu La Jungla…. Oj działo się.
Na festiwal przygotowałem się mentalnie z wyprzedzenia. A pierwszego stycznia spadłem ze schodów i zwichnąłem nogę w kostce. Szybka wizyta w szpitalu i sztywny opatrunek od stopy po kolano – brak możliwości chodzenia… Do koncertu tydzień, hm. Nie wyglądało to dobrze. Postanowiłem jednak w dzień koncertu pozbyć się samodzielnie opatrunku i kuśtykając wyruszyć na festiwal.
Co na miejscu? Pojechałem z kolegą z pracy (Włoch), parą przyjaciół z Argentyny i katalońskim znajomym znajomych. Przyjeżdżamy na miejscu (squat, tym razem dla odmiany na obrzeżach miasta – wyglądem zbliżony do warszawskiej twierdzy z późnych lat 90s – wielki plac otoczony murami, ale bardziej zielony, do tego w środku mały budynek mieszkalny). Zastanawiałem się czy z okazji polskiej kapeli spotkam jakiś Polaków.
A więc dojeżdżamy na miejsce, i… na bramce słyszę znajome “kurwa”. Po wejściu do środku – pierwsza buda z żarciem – Polacy. Buda z wódą i resztą alkoholi – Polacy. Najebani kolesie pod drzewem – Polacy. Gadający załoga przy murze – Polacy. Ok, wszystko gra. Zaczynamy atak na jedzenie – zaczynamy od tofu burgerów (po 1 euro), dorywamy się do grzanego wina (1 euro – po raz pierwszy w Hiszpanii), połykamy po sandwichu (1,5 euro) i w międzyczasie wciągam jeszcze kolejnego sandwicha z majonezem z innego stoiska (1 euro). To tyle z jedzenia – 5 euro wydane a ja toczę się przejedzenia. Zagrało kilka kapel – pierwsze 4 dość mizerna. Przy Infekcji natomiast ludzie dostają szału. Widząc zaistniałą sytuację na parkiecie oraz słysząc znajome dźwięki postanawiam przestać być cieniasem i mimo chorej nogi ładuję się w sam środek :) Ta godzina na zupełne pozbawienie się kontroli jest bezcenna – liczy się dziki taniec, zbieranie ludzi z podłogi. Rozglądam się – Włoch szaleje, koleżanka z pracy (Litwinka) również w amoku, zamiast kolejnego znajomego widzę tylko czubek jego zakapturzonej głowy. Jest super, ale po godzinie pasuję – zaliczyłem kilkaset kopniaków w kostkę co sprawia, że czas odpocząć przy ognisku.
Tam poznajemy punks z Berlina – z którymi mam wspólnych znajomych z trójmiasta. Poznajemy holenderskie miłośniczki wódki rozcieńczanej sokiem oraz francuzkę, która okazuje się być fanką Grzegorza Ciechowskiego oraz starej dobrej Siekiery (tej w stylu Discharge).
Noc upływa przy śpiewaniu “telefony telefony” oraz “siekiera siekiera siekiera”...
Z ludzi godnych wspomnienia – szwedka która biegała w pełni szczęścia krzycząc “my shoes are fucking shining!”.
Na pamiątkę zakupuję znaczek Amebix (który to już? hehe) po czym zawijamy się.
Postanawiamy z kolegą zrobić sobie afterparty w jego domu. After party jest bardzo dynamiczne i po 10 minut od przekroczeniu progi obaj śpimy hehe.
Wracając do domu pociągiem oglądam swoje buty które do tej pory czarne są teraz całe zamoczone w błocie, to samo spodnie do wysokości piszczeli.
A 23 cripple bastards i looking for an answer!